Lepszy mózg w głowie bez kasku, czy głowa w kasku bez mózgu?

Lepszy mózg w głowie bez kasku, czy głowa w kasku bez mózgu?

Fot. vrogy, original picture richardmasoner

Czytam w pewnej gazecie o kolejnej akcji policji promującej bezpieczną jazdę na rowerze. Ponoć setki warszawiaków znakowało rowery, dzieci się uczyły jak jeździć rowerem. Fajnie, że władze coś robią by popularyzować rower jako środek transportu i aby uczyć bezpiecznego poruszania się po drogach. Szkoda tylko, że te działania są bardzo jednostronne i skupione na niewłaściwych ludziach.

Typowymi odwiedzającymi tego typu imprezy są rodzice z dziećmi. Zobaczą dużo rowerów, posłuchają sportowca, polityka czy policjanta, pobawią się, rozjadą do domu i zapomną. Tymczasem osoby, które mogłyby do pracy na rowerze jeździć na codzień, do pracy, takie imprezy omijają szerokim łukiem. Niedzielni rowerzyści z pewnością dowiedzieli się jak jeździć bezpiecznie. I nic się nie zmieni.

Lepiej byłoby promować rower wśród pracodawców i pracowników firm. Obecnie na rowerze dojeżdżają głównie ludzie młodzi, zapaleni rowerowo, a także oszczędzający na komunikacji miejskiej. Tymczasem problemem na ulicach jest zbyt duża ilość aut., a żadna z tych 2 grup nie jeździ zwykle autem. Jeden samochód zajmuje tyle miejsca, co 3 rowery. Jeśli jedziemy równolegle w parach, to taką samą przestrzeń zajmie nawet 6 rowerów. Ale tego, żeby w pracy czy na uczelni przypiąć rower do porządnego stojaka (a nie wyrwikółki), wziąć prysznic i się przebrać – raczej się nie doczekam. Prędzej mnie samochód potrąci.

Drażni, gdy czytam, że policja do spółki z kimś postuluje wprowadzenie obowiązku noszenia kasku rowerowego przez rowerzystów. Jasne, można rąbnąć potylicą w krawężnik, będąc stukniętym przez auto w czasie jazdy. Można równie dobrze wyrżnąć potylicą w ziemię poruszając się pieszo i będąc uderzonym przez dresiarza czy menela, a nie tylko samochód. Może pieszy też powinno nosić obowiązkowe kaski?

Atestowany kask kosztuje 200zł. W Polsce mamy około 20 milionów rowerów, daje to 4 miliardy złotych. Fajnie, nie? Czytałem, że najbardziej za wprowadzeniem obowiązkowego kasku lobbował parlamentarzysta jednej z obecnie głównych partii. Czytałem, że zajmował się onimportem kasków właśnie. Niestety nie znalazłem który to polityk.

Kask chroni część głowy przed uderzeniem. Tymczasem z doświadczenia mojego i innych rowerzystów wiem, że głowa akurat jest jedną z mniej narażonych części ciała podczas wypadku na rowerze. Twarz (żuchwa i policzki), obojczyk, kark, nogi i organy wewnętrzne nie są w ogóle chronione przez kaski, a tymczasem te obszary ciała są znacznie bardziej zagrożone. Może powinno się wprowadzić obowiązek jeżdżenia po drogach publicznych w pełnej zbroi?

Lepszym sposobem zapewnienia bezpieczeństwa jest chyba jednak unikanie wypadków. Czyli budowanie dróg dla rowerów (z głową!), pilnowanie przestrzegania przepisów ruchu drogowego i uświadamianie kierówców, że to nie młody pijany pędzący 200km/h beemką po mieście jest zagrożeniem, a typowy człowiek, odnoszacy umiarkowane sukcesy w pracy. Tymczasem media zapewniają, że pijane bestie są głównym zagrożeniem, typowego kierowcę inajczęstszego sprawcę wypadków tylko uspokaja i osłabia jego czujność. Do czasu aż nie potrąci na przejściu jakiegoś rowerzysty czy pieszego.

I tak, nic się nie zmieni. Bo jechanie z prędkością do 60-70km/h w terenie zabudowanym to norma. Bo trzeba być nienormalnymi ofiarą by jechać po mieście 45km/h. Bo trzeba być porąbanym i niepowaznym, by jeździć do pracy i na uczelnię rowerem. Bo się potem śmierdzi. Bo samochód pokazuje że się ma kasę, klasę itp. Bo trzeba wyrobić normę wlepionych mandatów albo poprawić swój image przed wyborami. Bo łatwiej jest udawać, że się działa, niż działać. A szkoda.

http://rowery.free.ngo.pl/rozne/kaski.htm
http://wyborcza.pl/1,100503,6828746,Morderca_jest_kim_innym_niz_to_opisuja_media.html
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,95190,7953787,Jesli_na_piknik__to_tylko_w_kaskach_i_odblaskach.html
http://infobike.pl/text.php?id=12576