Licencja na soft a innowacja

Licencja na soft a innowacja

Dyskutowałem z przyjaciółmi ze studiów na temat pewnego projektu, którego częścią ma być usługa zdalnego pobierania plików. Jednym z pomysłów na realizację, był program, który zainstalowany na komputerze klienta monitoruje schowek, lub siedzi w tray’u i dostawszy link, pobiera plik. Rozwiązanie proste i bezobsługowe. Lekkie, jeśli się dobrze zabierze za taki programik. Problem się pojawił, gdy kolega stwierdził, że to będzie zbyt duża ingerencja w prywatność użytkownika.

Ma trochę racji, program, który przygląda się aktywności w internecie, i część tej aktywności wysyła gdzieś w świat. To duży uszczerbek na prywatności. Gdyby mi ktoś coś takiego zaproponował, podziękowałbym. Ale z drugiej strony, ile osób ma konto na Facebooku czy oryginalnego klienta Gadu Gadu? Albo Windows, Gmail czy Chrome’a? 🙂

Aby udowodnić potencjalnym użytkownikom, że program nie powstał w niecnych celach, zaproponowałem uwolnienie źródeł. Na to usłyszałem, że ktoś nam ten program szybko ukradnie, zaadoptuje i podpisze się pod nim, zamykając przy tym źródło. Szczerze wątpię w taki scenariusz, ale z drugiej strony, to, pominąwszy fragment o ograniczeniu licencji, taka możliwość jest nieodłączną cechą wolnego oprogramowania, prawda? Każdy może wziąć mój kod, przerobić go i opublikować, ale na tej samej (w domyśle: GPL) licencji.

Usłyszałem, że moja koncepcja zabija innowacyjność, że przy otwartym źródle nie warto być innowacyjnym i wprowadzać killer feature’ów, że ktoś je zaraz ukradnie. Podałem przykłady ze świata FLOSS, że to nie prawda, że otwarte źródło poprawia wizerunek, i parę innych argumentów. Podałem przykład Skype’a któremu się niekoniecznie słusznie oberwało za przeglądanie /etc/passwd pod linuksem. Podałem przykład Global GPRS skrytykowanego przez Patrysa na blogu. I na nic się to nie zdało. Mój główny interlokutor dalej trwa przy swoim. A notki u Patrysa pewnie nawet nie przeczytał. Cóż, nie moja broszka.

Gdy coś piszę, mogę to udostępnić na takiej licencji jaka mi odpowiada. Nie rozumiem tylko czemu do niektórych rzeczowe argumenty zdają się nie docierać. Jeśli nikt mi nie płaci za kod, czyli robię go za darmo, także na własny użytek, to mogę go opublikować. Jeśli ktoś z niego skorzysta, to mnie to podniesie na duchu, że moja praca jest użyteczna. To zupełnie inny poziom, niż kategorie biznesowe, wymagający szerszego spojrzenia na sprawę. W kategoriach biznesowych też się opłaci, ale dopiero po pewnym czasie.

  • To jest jakieś nieporozumienie. Jak ktoś ma „killer feature”, znaczy, zaimplementuje jakiś fajny pomysł, to i tak inni mogą go powielić, implementując od nowa – w Europie oprogramowanie nie jest patentowalne. Jedyny efekt jest taki, że zamiast jednej porządnej powstaje mnóstwo redundantnych implementacji tej samej rzeczy, każda ze swoimi brakami i swoimi błędami.

  • sprae

    Bo pomysły są tak na serio nic nie warte (no może troche). Pomysłów na świecie ma miliony osób. To znaczy, że są tanie. To dopiero produkt ma wartość i na tym trzeba się skupiać. Musi być na tyle atrakcyjny, aby wygrać z konkurencją. Koledzy chyba o tym zapomnieli.
    Jak mawia mój mentor "jeśli jedyna wartością produktu ma być pomysł, który można łatwo skopiować, to nie warto wchodzić w taki biznes".

  • Sam projekt ma być w istocie kopią istniejących, z dodanymi pewnymi funkcjonalnościami. Owa innowacja o spornej licencji źródła jest jedną z tych dodatkowych funkcjonalności.

  • Mhm, skończycie jak komunikator Konnekt.
    Że co? Aha, oni jeszcze NIE skończyli… To przepraszam. 😛

  • Nie wiem, czy w ogóle zaczniemy. Koszty początkowe i koszty stałe są dość wysokie… Mnie zostanie znajomość FreeBSD i trochę Javy czy Groovy. Do wymyślania to są wszyscy, do działania góra 3 osoby. Z czego jedna do pisania kodu…